Historia zatoczyła koło

Rozmowa z Antonim Biedrzyckim, legendą polkowickiej piłki.

 

 

– Jak Pan wspomina powojenne Polkowice?
– Do Polkowic przyjechałem w grudniu 1945 roku. Pamiętam zniszczone budynki, które zaraz po zakończeniu działań wojennych rozebrano. Mieszkało tutaj niewiele osób. Część z nich, jak chociażby rodziny niemieckie, wyjechały z Polkowic na zachód. Pozostali mieszkańcy otrzymali od ówczesnych władz kartki z przydziałem mieszkaniowym. Uruchomiono również jedyny zakład pracy – Roszarnię. Pracowali tam wszyscy. W wolnych chwilach lub po pracy grywaliśmy w futbol. To właśnie tam narodziła się polkowicka piłka.

 

– Czy może Pan coś więcej powiedzieć o początkach polkowickiej piłki?
– Wśród pracowników naszej Roszarni nie zabrakło pasjonatów sportu. Coraz więcej osób wyraziło chęć uczęszczania na treningi. W 1946 roku wspólnie z Czesławem Limbergerem, Janem Janickim i moimi braćmi Tadeuszem i Zygmuntem, postanowiliśmy utworzyć sekcję piłki nożnej. Zespół opierał się wyłącznie na pracownikach naszej Roszarni. Trenowaliśmy trzy razy w tygodniu, tj. środy, piątki i soboty. Miejscem pierwszych meczów było już nieistniejące poniemieckie boisko przy ulicy Dąbrowskiego. Mieliśmy dobrą drużynę. Ogrywaliśmy wszystkich z pobliskich miejscowości. Rok później pod nazwą „Włókniarz” Polkowice przystąpiliśmy do rozgrywek w „D” Klasie. Gra w piłkę nożną sprawiała nam wielką przyjemność. Nie zniechęcały nas do tego nawet często napotkane trudności.

 

– Czy ma Pan na myśli sprzęt, transport i organizację w klubie?
– Organizatorem i założycielem klubu był Stanisław Drażner. Jak na tamte czasy robił wszystko co w jego mocy, by zespół jak najlepiej funkcjonował. Gorzej było tak jak Pan wspomniał – z organizacją sprzętu i transportem. Pierwsze koszulki zostały uszyte z poniemieckich flag i transparentów, a spodenki mieliśmy z poprutych poduszek. Pamiętam, że mieliśmy dwie sznurowane piłki, ale jakim cudem się u nas znalazły, tego nie wiem. Nie dostawaliśmy żadnych pieniędzy za grę w piłkę. W związku z czym organizowaliśmy zabawy taneczne, z których dochód przeznaczaliśmy na zakup niezbędnego sprzętu, czyli: stroje, getry czy piłki. Jeśli chodzi o transport, Roszarnia miała duży samochód ciężarowy. Siedzieliśmy na skrzyniach i w taki sposób jeździliśmy na mecze wyjazdowe.

 

– Jaka atmosfera panowała w szatni?
– Stanowiliśmy zgrany zespół na boisku i poza nim. W Roszarni zrobiono nam świetlicę, w której w wolnym czasie przebywaliśmy. Spędzaliśmy tam wspólnie czas na rozmowach o piłce nożnej, grze w szachy czy tenisa stołowego. Byliśmy nierozłączni. Jeździliśmy nawet razem na wakacje. Nie było pieniędzy, ale był szacunek. To były piękne czasy.

 

– Klub z Polkowic nie jest jedynym miejscem, w którym Pan grał…
– Z tym wiąże się zupełnie inna historia. Pewnego razu na naszym meczu pojawili się ubecy. Zobaczyli jak gram i poinformowali o tym Gwardię Głogów. Pamiętam, jak tuż przed meczem kazali mi się pakować i jechać do Głogowa. Byłem wściekły, ponieważ przebrałem się już w strój „Włókniarza”. Jako polkowiczanin czułem się potrzebny swojej drużynie, którą wspólnie z braćmi i przyjaciółmi założyliśmy. Taka niechlubna praktyka ze strony Urzędu Bezpieczeństwa trwała trzy lata. Chyba bali się, że ucieknę, bo przed każdym meczem po mnie przyjeżdżali, a później odwozili do domu.

 

– Jak ocenia Pan polkowicką publiczność w tamtych czasach?
– Każdy mecz miał swoją historię. Na spotkania z udziałem „Włókniarza” Polkowice przychodziło wiele osób. Bez wątpienia najwięcej emocji budziły w kibicach mecze derbowe. Gdy przyjeżdżały do Polkowic zespoły z Lubina i Głogowa, to brakowało wolnego miejsca na stadionie. Pamiętam, jak podczas meczu z Zawiszą Lubin (obecnie Zagłębie przyp.red.) zostałem sfaulowany i sędzia podyktował rzut karny. Piłkarze z Lubina nie mogli się pogodzić z tą decyzją i chcieli przerwać mecz. Sędzia się nie ugiął i kazał wykonać jedenastkę. Strzeliłem gola, co rozjuszyło kibiców gości. O mały włos nie doszło do strzelaniny. Na szczęście funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z Lubina powstrzymali miejscowi kibice od tych zamiarów.

 

– Czy pamięta Pan swój najlepszy mecz?
– W swojej karierze rozegrałem ponad dwieście spotkań. Z tego co pamiętam, praktycznie w każdym z nich strzelałem bramki. Jest to trudne pytanie, ponieważ zawsze dawałem z siebie wszystko. Jeśli miałbym wskazać ten najlepszy, to chyba spotkanie towarzyskie z Dynamo Drezno. Strzeliłem w nim dwie bramki i wygraliśmy na wyjeździe 1:3.

 

-W 1960 roku zawiesił Pan „buty na kołku”. Jak później potoczyło się Pana życie?
– W wieku 32 lat zakończyłem piłkarską karierę. Postanowiłem się dokształcić i ukończyłem wówczas kursy trenerskie we Wrocławiu. Każdy kontakt z piłką nożną sprawiał mi ogromną radość. Z wielką chęcią i zaangażowaniem dzieliłem się swoim doświadczeniem z młodszymi zawodnikami. Zanim zawiesiłem buty na kołku, trener prosił abym mu pomagał w trakcie meczu i kierował zespołem. Byłem szczęśliwy, bo czułem się potrzebny.

 

– Jak wyglądało szkolenie młodzieży w tamtych latach?
– Gdy moje pokolenie zakończyło przygodę z piłką, zastąpiły nas nasze dzieci. Dwójka z moich synów – Mieczysław i Waldemar byli zawodnikami Górnika Polkowice. Podobnie było w przypadku dzieci moich kolegów.

 

– Jak ocenia Pan kolejne lata funkcjonowania klubu?
– Z każdym upływającym rokiem, klub zbliżał się w stronę profesjonalizmu. Kadrę pierwszego zespołu zasilali zawodnicy również z zewnątrz. Pamiętam jak do drużyny dołączyło wielu bardzo dobrych piłkarzy. Byli wśród nich Krzysztof Pawlica, Piotr Wójcik, Ludwik Drohomerecki, Bolesław Pokrętowski czy Stanisław Michalewicz. To było zupełnie inne oblicze polkowickiej piłki, jeśli chodzi o organizację, a później infrastrukturę. Pamiętam jak w połowie lat siedemdziesiątych wybudowano w Polkowicach stadion z prawdziwego zdarzenia. Wzruszyłem się, a duma mnie rozpierała.

 

– W tym roku mija 65-lecie istnienia klubu piłkarskiego w Polkowicach. Jak Pan jako legenda podsumowałby ten czas?

– Uważam, że to były wspaniałe lata. Przez ten czas wszystkim ludziom czynu i władzom miasta udało się naprawdę wiele osiągnąć. Cieszę się, że wracamy do korzeni. Jak przed sześćdziesięcioma pięcioma laty zakładaliśmy Włókniarza Polkowice, to pierwszy zespół składał się wyłącznie z naszych zawodników. To wspaniałe, że również teraz szansę do gry mają chłopaki z Polkowic i regionu, a nie zawodnicy, którzy nic nie czują do naszej polkowickiej ziemi. Historia zatoczyła koło, co w przyszłości z pewnością zaprocentuje.

 

W skrócie:
Antoni Biedrzycki ur. 16.01.1928 roku. Wybitny piłkarz i jeden z założycieli sekcji piłki nożnej w Polkowicach. W swojej karierze rozegrał ponad dwieście spotkań. Honorowy Obywatel Gminy Polkowice. Wielokrotnie odznaczony za działalność sportową.

*Archiwalne zdjęcia zamieszczamy dzięki uprzejmości Towarzystwa Ziemi Polkowickiej